Indonezja, cz. I Java

Wyprawę do Indonezji rozpoczynamy 3-ego września 2015 roku, dzień po urodzinach Mateusza, taki ot sobie prezent sprawił na swoje 24 urodziny! Wylot odbył się z Warszawy, przez Londyn do Hongkongu, by stamtąd wyruszyć do Jakarty na wyspie Java w Indonezji. Często tak się dzieje, że tańsze bilety zawierają dłuższą trasę. Bo po co cofać się do Londynu, by potem nadrabiać trasy do Hongkongu? A no właśnie dla ceny biletu 2030 zł za osobę w dwie strony 🙂 Odcinek Londyn-Hongkong to spędzone 12 godzin na pokładzie samolotu British Airlines. Pamiętajmy jednak, że takie długodystansowce są dość luksusowe dla podróżującego. Posiłki rozdawane są regularnie, tj. śniadanie, obiad, kolacja, do wyboru zazwyczaj dwie/trzy wersje. Dodatkowo nielimitowane przekąski, napoje alkoholowe i bezalkoholowe. Multimedialne centrum rozrywki zamontowane na siedzeniu sąsiada przed tobą pozwala na długie godziny gapienia się w ulubiony serial czy film, słuchanie muzyki lub granie w proste, zainstalowane na pokładowym tablecie gierki.


W Jakarcie lądujemy o 23:00, za 150.000 rupii (~ 40 zł) dostajemy się do hotelu. Wtedy jeszcze nie korzystaliśmy z ubera, a zapewne byłaby to tańsza opcja. Hostel Madu Inn, na który się zdecydowaliśmy oferował w pakiecie śniadania (cena za dobę ze śniadaniem ok. 75 zł). Dostaliśmy dwie suche kromki chleba tostowego i jajko sadzone. Co za szczęście, że dołożyli jajko. W Indiach bywały śniadania w postaci dwóch kromek pieczywa tostowego (wyciągnięte z opakowania, rzucone na talerz – nietostowane!). Sama Jakarta, stolica Javy nie jest atrakcyjna, dlatego po jednym dniu uciekamy dalej w trasę. A w planach mamy wiele. Najpierw chcemy udać się do Pangandaran, polecanego  z powodu świetnej natury i wycieczki do Green Valley & Green Canion. Następnie Yogyakarta (kulturowa stolica Javy, taki polski Kraków), wycieczka do Borobudur i Prambanan (dwie nieopodal siebie położone świątynie, pierwsza buddyjska, druga hinduistyczna), następnie wspaniała wyprawa do wulkanu Bromo, skąd rozpościera się przepiękny wschód słońca. Tak spędzimy pierwszy tydzień w Indonezji. Poniżej trasa i nieco więcej szczegółów!

Do Pangandaran dostajemy się na raty. Najpierw pociągiem z Jakarty do Banjur, by stamtąd przesiąść się na autobus do Pangandaran.

Choć nauczeni Indiami wiemy, żeby zachować szczególną czujność na wyłudzanie pieniędzy od przyjezdnych, tym razem także padliśmy ofiarą lokalsów. Po wyjściu z pociągu złapała nas grupka taksiarzy tuk-tuków, po negocjacjach cenowych podwieźli nas za 70.000 IDR (18 zł) przez 3 km odcinek do „terminalu autobusowego”. Nie byliśmy sami, oprócz nas był Niemiec i Holenderka. Nikt nie poczuł, że coś jest nie tak. Przecież kawałek pobocza jezdni, przy której czekał bus, nie może być oficjalnym terminalem autobusowym. Za 2-godzinną jazdę skasowano 27 zł od osoby. To bardzo dużo na tamtejsze warunki. Cóż, każda taka sytuacja jest dla nas lekcją na przyszłość. W Pangandaran nocujemy w pensjonacie Panorama A La Plage Guest House za 200.000 IDR za pokój ze śniadaniem (52zł). Bardzo przyjemne miejsce na nocleg, a śniadania smaczne.
Wycieczka do Green Valley & Green Canion wynagradza nam złe wspomnienia dnia poprzedniego. Jechaliśmy dwoma skuterami, każdy ze swoim guidem. Odwiedziliśmy wioskę, w której panie obierają stosy kokosów, a panowie zajmują się m.in. wykonywaniem lalek z drewna do teatrzyków. W Green Valley czekało nas wiele wodnych atrakcji, a Green Canion cieszyło oczy pięknem natury.

 

Yogyakarta jest oddalona od Pangandaran o 8 godzin jazdy shuttle busem (autobusem zbierającym turystów z pobliskich hosteli).

Po przyjeździe zakwaterowaliśmy się w Hotel Seno, gdzie spędzimy najbliższe dwie noce. Cena za dobę ze śniadaniem to koszt 120.000 IDR (32 zł). Spośród wszystkich noclegów w Indonezji ten uważamy za najsłabszy ze względu na wątpliwą czystość pokoju. Z Yogyakarty udaliśmy się do Borobudur i Prambanan, obu wpisanych na listę UNESCO świątyń. Jak dobrze, że byliśmy jeszcze studentami! Dzięki okazaniu ważnej legitymacji studenckiej mieliśmy ponad połowę taniej, za dwie osoby zapłaciliśmy 150.000 IDR (40 zł) za 9-godzinną wycieczkę.

 

W Yogyakarcie pozwoliliśmy sobie na chwilę luksusu, wybraliśmy się do polecanego przez trip advisor SPA. Za 1,5 h luksus zapłaciliśmy od osoby 155.000 IDR (nieco ponad 40 zł). W naszej sali, gdzie byliśmy masowani, stały dwa łóżka, po jednym dla każdego z nas, prysznic do zmycia z siebie olejków oraz zachowany jawajski klimat. Na koniec dostaliśmy imbirową herbatkę. W Krakowie cena za 1,5-godzinny indonezyjski masaż wykonywany przez Balijkę jest około 5 razy droższa niż u źródła.
W Yogyakarcie spróbowaliśmy też najdroższej kawy świata, kopi luwak. Całkiem przypadkiem, spacerując po mieście, spotkaliśmy Jawajczyka, który od słowa do słowa, zaprowadził nas w to miejsce. Nie wiemy, czy aby całkiem bezinteresownie, jednak bardzo się cieszę, że napiliśmy się tam kawy i zobaczyliśmy luwaka, bez którego kawa ta by nie powstała. Za imbryk zapłaciliśmy 125.000 IDR (ok. 35 zł).

 

Droga na wulkan Bromo była niezwykle męcząca. Już w Yogyakarcie czułam, że chyba będę chora. Nie myliłam się.

Na wulkan Bromo wyruszyliśmy shuttle busem z hostelu w godzinach popołudniowych, tak, by przed wschodem słońca dotrzeć do wulkanu. To właśnie wschód słońca jest celem, stąd tak wczesne wycieczki w to miejsce. Kilkunastogodzinna trasa trzęsącym się autobusem była męczarnią, w szczególności, że często potrzebowałam korzystać z toalety. Towarzyszące temu dreszcze na moim rozpalonym ciele niestety zwiastowały chorobę. Z busa przenieśliśmy się w mieście Probolinggo, tuż pod Bromo, do auta terenowego, które podwiozło nas możliwie najbliżej punktu, z którego widać piękny wschód słońca nad wulkanem. Ani przez chwilę nie myśleliśmy o pieszej wycieczce ze względu na ogromne zmęczenie. Widoki były warte trudności podróży. Wejściówki na bromo kosztowały 440.000 IDR za dwie osoby (ok. 60 zł za osobę). Na wyprawę do samego krateru zaopatrzyliśmy się w maski, ponieważ intensywny zapach siarki jest dość nieprzyjemny i niezdrowy swoją drogą. Beata Pawlikowska opisywała w swojej książce samodzielną wyprawę na wulkan, bez udziału „agencji” (więc oczywiście bez udziału shuttle busów). Podziwiam, aczkolwiek w okolicznościach chorobowych nie skusiłabym się absolutnie.

 

Po wizycie na Bromo zakończyliśmy intensywne zwiedzanie. Dobrze, bo potrzebowałam odpoczynku. Przed nami „tylko” 13 h jazdy do Denpasar na Bali (w tym również kawałek promem). Stamtąd do Ubud, w którym zatrzymamy się na 3 dni, by zregenerować siły i nieco wolniej przeżywać nasz wakacyjny odpoczynek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *