Indonezja, cz. IV Kuta Lombok i Kuta Bali

Po dopłynięciu z Gili Trawangan do Lombok, ktoś nas zgarnął bryczką do stacji autobusowej, skąd miał odjeżdżać autobus do Kuty. Koleś „bryczkarz” nie mówił po angielsku, więc trudno było się porozumieć. Zaczęliśmy żałować wyboru tej agencji na transport do wyspy Lombok. Nikt nam nie wspominał o tym, że ktoś nas gdzieś zgarnie i że do ceny biletu trzeba doliczyć dodatkowo transport bryczką. Poza tym powiedziano nam, że resztę pieniędzy zapłacimy w Kucie, a tutaj, na stacji autobusowej pan żądał od nas brakującej kwoty. Obawialiśmy się rozliczyć teraz, aby nie ponosić podwójnych kosztów w razie gdyby ta sytuacja miała okazać się oszustwem. Do Kuty jeszcze kawał drogi autobusem. Mateusz pokazywał bilet na stacji, tłumacząc, że umawialiśmy się na zapłatę reszty dopiero po dotarciu do Kuty. Pan nad wyraz dziwnie reagował. Wściekał się bardzo, rzucił Mateuszowi bilecik na znak, że ma się nim wypchać i płacić teraz. Tak złego Mateusza dawno nie widziałam. Myślałam, że się pobiją. Jeśli ktoś wykazuje tak aroganckie zachowanie i totalny brak szacunku, to nie ma się co dziwić, że w tobie również wzbiera się ogromna złość. Ostatecznie musieliśmy zapłacić resztę kwoty. W drodze staraliśmy się zapomnieć o tej nieprzyjemnej sytuacji. Przed nami w końcu wspaniała wizja tygodnia na wyspie Lombok! Już po przyjeździe udajemy się spacerkiem na najbliższą z plaż. Jest dobrze 🙂

14390003 - Indonezja, cz. IV Kuta Lombok i Kuta Bali

Całe 6 dni spędzamy w jednym miejscu, hotelu również nie zmieniamy. To jedyne noclegi, które faktycznie spędzamy w obiekcie, zwanym hotelem (hotel J.M.). Za te trzygwiazdkowe warunki płacimy ok. 330.000 IDR za dobę ze śniadaniem (88 zł).

Wypożyczyliśmy skuter (jeden na dwie osoby) na ten czas i jeździliśmy od plaży do plaży.  A skuter to świetna sprawa, jazda była również atrakcją. Do tego cudna cena, bo 50.000 IDR za dobę (13 zł). Benzyna taniutka, litr paliwa kosztuje bowiem 10.000 IDR (2,7 zł). Za cztery doby użytkowania motoru wyjeździliśmy 35.000 IDR (10 zł). Każdy dzień spędzaliśmy na plażowaniu, na kolacje wybieraliśmy się do warungów ze świeżutkimi rybkami. Choć w hotelu mieliśmy basen, nie korzystaliśmy z niego.

Dzięki skuterowi mogliśmy podziwiać widoki i zatrzymywać się, gdzie tylko zapragnęliśmy. O, na przykład tutaj!

imgp0659 - Indonezja, cz. IV Kuta Lombok i Kuta Bali

Plażowaliśmy na Mawum Beach, gdzie byliśmy świadkami zaręczyn <3. Jeśli głodniejesz, chłopak (w żółtej koszulce na zdjęciu) w sekundę ogarnie Ci ananasa na patyku. Ten wynalazek skradł moje serce!

Plaża Selong Belanak spodobała nam się jeszcze bardziej z powodu znajdujących się tam warungów, gdzie mogliśmy zjeść obiad bez opuszczania plaży. Dodatkowo wypożyczyliśmy sobie deskę do surfowania i na własną rękę próbowaliśmy na niej stanąć na wodzie (lub na piasku, jak kto woli!).

Kolejna, plaża Tanjung Aan, także piękna, jednak spośród tych trzech najmniej nas przekonała ze względu na nieco wysypany darami morza brzeg. Ujęła nas za to znajdująca się tam huśtawka na wodzie 🙂

Kolacje lubiliśmy jadać w naszym ulubionym warungu „Durang”, tuż przy hotelu. Grillowane rybki to to, co kochamy. Często serwowano Mahi-Mahi (Koryfena). Raz na czas urozmaicaliśmy też sobie kolację, dodając np. margaritę 🙂

W hotelu mieliśmy telewizor z funkcją przerzucania na niego obrazu z telefonu, dzięki czemu mogliśmy obejrzeć wieczorem film, jak w domu… 🙂


20ego dnia naszej podróży wracamy już na Bali, stamtąd mamy lot powrotny.

Daliśmy sobie jeden dzień więcej na Bali, bo wcześniej planowaliśmy przyjechać już bezpośrednio do Denpasar, skąd jest lot. Chcemy jednak dać tej wyspie szanse. Dużo czytaliśmy o Indonezji oraz o tym, jakże zasłyszanym, Bali. Gdy na pytanie znajomych „Jaki kierunek w tym roku?”, odpowiadaliśmy „Indonezja”, nie słyszeliśmy takiego podekscytowania jak w przypadku odpowiedzi „Bali”. A przecież Bali to jedna z ponad 17.000 wysp Indonezji. Modna i znana, ale mówi się, że przereklamowana. Dlatego oprócz Ubud, które było warte uwagi, chcieliśmy uniknąć południowej części, a mianowicie niezwykle turystycznej Kuty (na Lombok też była miejscowość Kuta, na Bali jest również).  Mimo wszystko sami chcemy wyrobić sobie opinie na temat tejże Kuty i dlatego wracamy na Bali nieco wcześniej.

To, w jaki sposób dotarliśmy do Kuty zasługuje na osobny akapit. Fakt, że prom z Lomboku na Bali spóźnił się 1,5 godziny, a co więcej płynął również 1,5 godziny dłużej niż teoretycznie powinien (to już są 3 godziny w plecy) jest nie aż tak frustrujące, co sytuacja, którą za chwilę przedstawię. W porcie Padangbai zgarnięto nas do shuttle busów. Jechaliśmy wciśnięci jak sardynki. Upchnięto nas do środka w 16 osób, gdzie bus mieści 11. Dodatkowo w środku były bagaże, a to co się nie zmieściło poszło na dach. Dojeżdżając do Kuty, spodziewaliśmy się, że każdy zostanie odwieziony mniej więcej pod swój hotel, a jeśli nie, to chociaż pozostawiony gdzieś w centrum. Nic bardziej mylnego. Nagle, ni z tego, ni z owego, kierowca się zatrzymał, tak właśnie – na środku skrzyżowania! Kazał wysiadać, mówiąc „This i Kuta”. Nie mieliśmy siły się kłócić, pokornie wzięliśmy bagaże i zamówiliśmy Ubera. Inna para bardzo się oburzała na tę sytuację, grożąc policją turystyczną. Jak się okazało, coś takiego w Kucie faktycznie funkcjonuje. Z każdą kolejną „przedziwną” sytuacją, stajemy się chyba po prostu pokorniejsi.

Hostel Dedy Beach Inn, w którym się zatrzymujemy jest bardzo ładny, pokój czysty, ręczniki i pościel świeżutkie, w łazience prysznic z hydromasażem. Natomiast Kuta Beach to totalne rozczarowanie. Dobrze, że nie utknęliśmy tu na dłużej! Jedyny plus naszego pobytu na tej zwykłej, szarej plaży to darmowa nauka surfowania, która mnie spotkała. Chłopak rozkręcał swój surfingowy biznes, szukał modelki do filmiku promującego swoją szkołę. Poprosił mnie o udział, w zamian nie musiałam mu płacić za naukę. Dobrze rzecz jasna, żebym po udzielonym szkoleniu stanęła ostatecznie na desce, a latający nad nami dron to uchwycił. W końcu się udało, pomachałam do kamerki kilka razy. Zadanie wykonane 🙂 A ja za darmoszkę pouczyłam się surfować.

Po powrocie do pokoju Mateusz źle się poczuł, czoło miał rozpalone. O nie – na sam koniec jeszcze Jego dorwało jakieś choróbsko! Pewnie z przegrzania, nieco się spalił. Musiałam wcielić się w rolę tej odpowiedzialnej i bardziej ogarniającej 🙂 Poszłam szukać jedzonka na wynos i kupiłam jakieś specyfiki w markecie. Wieczorem Mati czuł się już lepiej i poszliśmy zjeść rybkę – zatem dość tradycyjnie. Tutaj, w Kucie na Bali, ryby nie są chyba tak smaczne jak w poprzednich lokacjach (albo po prostu my kiepsko trafiliśmy).

W Kucie udaliśmy się także na masaż, za osobę wyszło 110.000 IDR (30 zł). Te przyjemności w Indonezji są w bardzo przystępnej cenie. Na pytanie pani, jaki masaż ma wykonać, odpowiedziałam „medium”. Jeśli to, co zaprezentowała było medium, to strach myśleć, jak wygląda „hard” 🙂

Kolejnego dnia pożegnaliśmy się z Bali. Dałam pomalować sobie na pożegnanie paznokcie pani na plaży, która zapewniała, że ten genialny lakier super długo się trzyma itd. Przy mnie mieszała lakier ze zmywaczem, żeby nie był tak zastygły, a wzorki poodpadały mi już tego samego dnia wieczorem na lotnisku 🙂 No cóż, troszkę się pani pomyliła, a ja dałam naciągnąć (usługa ta kosztowała nas 50.000 IDR, więc zaledwie 13 zł).

Wszystko, co dobre szybko się kończy. Tak również nasze trzy tygodnie indonezyjskiej przygody!

received 1012971178723243 - Indonezja, cz. IV Kuta Lombok i Kuta Bali

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *